Teatr Jaracza, "Sztuka"
Na pierwszym planie sceny stoją
kilkuelementowa sofa i dopasowany do niej fotel. Przy nich stolik wykonany z drewnianych
palet. Widać na nim szklany blat. W głębi niezbyt wysoka ściana, której częścią
jest regał z półkami. Na nich kilka książek, karafka. Pewnie są jeszcze i
jakieś drobne przedmioty, ale nie przykuwają wzroku. Sofa i fotel są w kolorze
czerwonym. To prawda, ta barwa się wybija i przyciąga uwagę, ale niewątpliwie
stanowi także składnik wielobarwnej całości. Wszystko odbiera się jako
nowoczesne, dobrze utrzymane, interesujące mieszkanie, w którym można czuć się
dość przyjemnie. Mogę zatem łatwo zrozumieć, że jego właściciel, czy po prostu
mieszkaniec, raczej majętny lekarz o specjalności dermatologicznej, chce ten
nastrój nieco wzbogacić. A że interesuje się sztuką i kulturą, bo z przyjaciółmi
często chodzi na seanse kinowe, na półce trzyma Senekę i do niego zagląda, sam
w końcu odwiedza regularnie muzea i galerie, nie dziwi, iż inwestuje w obraz
nowoczesnego, znanego, podziwianego malarza Antriosa, którego przecież w znanej
galerii wiszą TYLKO trzy dzieła.
Obraz bez ram, bo tak
sobie życzył artysta, stoi w mieszkaniu na sztaludze. W pewnej odległości od
miejsca, gdzie toczy się zazwyczaj życie towarzyskie trzech przyjaciół:
gospodarza Serge’a, Marca, inżyniera aeronautyki i Yvana, hurtownika, niegdyś
tekstylnego, od niedawna papierniczego za sprawą przyszłego teścia, a właściwie
swojej narzeczonej. Zasadność wybranego miejsca dla obrazu pokazują znakomicie
już w pierwszych scenach Serge i Marc, kiedy najpierw ruchami dynamicznymi,
potem zaś powolnymi, jakby wystudiowanymi oddalają się od Antriosa, kucają,
wyciągają szyję, odpowiednio układają ramiona i plecy. Świetnie się to
obserwuje z widowni, bo aktorzy są odwróceni do niej prawą stroną ciała, ale z
lekkim ukierunkowaniem, tak że widać twarze. A na nich skupienie, czyli
podniecenie i fascynację Serge’a oraz zdumienie, wręcz niedowierzanie Marca. W
ich sylwetkach jest napięcie, które zaznacza odpowiednio dobrany strój.
Właściciel dzieła sztuki jest ubrany jak marszand, może nawet artysta. To
ciemny, dopasowany garnitur z wąskimi spodniami i kamizelką, a szaloną elegancję
prosto z dzielnic bohemy podkreślają ledwie wyróżniające się kwadratowe wzory.
Jest w tym i fircykowatość, i dandyzm, i wykwintność szyku. Z kolei Marc chyba
ma się czuć po prostu wygodnie. Sugeruje to poświęcenie się pracy, pewien etos
człowieka poświęcającego się nauce, który nie przywiązuje zbytniej uwagi do
ubioru. Inżynier zazwyczaj trzyma ręce w kieszeniach bardzo wąskich spodni i ma
do połowy zapiętą na zamek szwedkę. Obaj, gdy kucają, napinają ciała a ubrania, szczególnie spodnie, zdają się być
ścięgnami, mięśniami, które pracują i są niezwykle widoczne w jakimś powolnym tańcu,
który ma współgrać z obrazem.
O obu postaciach wiemy
już sporo z didaskalii, którymi są monologi aktorów. Serge wypowiada kwestię
samotnie w mieszkaniu, gdy wnosi do niego obraz. Marc poza nim. Stoi niedaleko,
ale przygaszone światło sprawia wrażenie, że to klatka schodowa, sień,
korytarz, może wieczorna ulica przed domem.
Obraz
to płótno pomalowane białą farbą. Nic szczególnego w zasadzie. Jednobarwności w
sztuce, kropek, plam, kleksów, kresek, które mają wymagać od widza skupienia,
odnalezienia koncepcji, zamiaru artysty, wymyślenia swojego własnego odbioru,
wysilenia wyobraźni i stworzenia krainy, świata, w której wokół punktu
odniesienia ma powstać indywidualna, osobna rzeczywistość jest mnóstwo. Ot, raj
dla samotników, introwertyków i neurasteników wpatrujących się w sufit czy
ścianę, bo zrobienie kroku w kierunku realnego działania jest męczarnią nie do
pokonania. Ale nie z tych powodów dermatolog kupuje Antriosa. Serge obraca
obraz, chowa i z powrotem stawia na sztaludze mając na dłoniach białe, gumowe
rękawiczki. Jakże cyzeluje! Jakże dba o antyseptyczność! Pieszczenie swojego
domownika dopełnia oczywiście ruchem ciała. Gdy trzyma obraz, jest delikatny i
ostrożny. Kiedy się nim chwali, jego ciała nabiera dynamiki, jest nad wyraz
ekstrawertyczny w ruchach i mowie. Dopomina się wówczas o atencję, pochwałę i
obrazu, i siebie. Żąda wręcz, żeby dzielić się z nim euforycznie dobrym
wyborem, świetnie zainwestowanymi ogromnymi pieniędzmi, wartością artystyczną obrazu,
pokorą wobec wielkiego artysty Antriosa. Nic z tych rzeczy jednak, bo pierwszy
z zaproszonych na oglądanie, czyli Marc, odrzuca z lekceważeniem propozycję współuczestniczenia w celebracji,
rytuale, ceremonii, obrzędzie. Zdaje się, że widać jak wydyma wargi. U niego z
kolei dynamika ruchów ma odzwierciedlać nie pogodzenie się z tym, że przyjaciel
nie uznaje jego krótkiej acz dosadnej recenzji obrazu. Marc mówi, że to gówno!
I nagle siła obrazu, moc sztuki ich obu, przyjaciół, którzy spotykają się na
wspólnych kolacjach i chodzą razem do kina od piętnastu lat, odrzuca na
przeciwległe bieguny. Tylko raz ta ogromna odległość ulega dramatycznemu
skróceniu. Wówczas, gdy dochodzi do fizycznego starcia, prawie rękoczynów.
Jednak jest to już inna rzeczywistość, którą dzieło sztuki nowoczesnej, ten
punkt na obrazie wieloletniej przyjaźni zbudował, urealnił.
Autorka
„Sztuki” Yasmina Reza nie pozostawiła obu, teraz antagonistycznie nastawionych,
panów samych sobie. Zasugerowała pewnego rodzaju rozsądzenie, negocjacje,
rozmowy pokojowe. To uosabia trzeci z przyjaciół Yvan. Wyraźnie od Serge’a i
Marca tęższy. Jakby jowialny, bardziej sympatyczny, zdecydowanie spokojniejszy,
nieco wyluzowany. Okazuje się, że te cechy wiążą się z brakiem zdania, a może
raczej chęcią przypodobania się, lękiem przed uczynieniem krzywdy słowem bądź
gestem, w końcu wynikającym z tego poczuciem winy. Podoba się i nie podoba
zarazem Yvanowi obraz. W zależności z kim rozmawia. Hurtownik potwierdza zdanie
swojego aktualnego adwersarza. Nawet lekko potakuje, gdy z ust Marca czy Serge’a
pada niezbyt pochlebne słowo o tym drugim. Dziwaczne, lecz wcale takie
zachowanie nie zmienia u widza sympatii do Yvana. Tak, ten brak agresji,
widoczny również w ruchach, postawie i przybieranych pozycjach nastawia widza
do hurtownika pozytywnie.
W
trakcie fabuły obraz Antriosa zmienia barwę. Możemy zrozumieć, że bohaterowie dostrzegają
na płótnie przeróżne odcienie bieli a w nich kreski, smugi, linie, szarość,
nawet kolor żółty, ale gdy widzą czerwień, zakrawa to na szaleństwo. Wraz ze
zmianą barw i przewartościowywaniem co rusz dzieła Antriosa dochodzi do
przekształcania się postaci. Nad niepodlegającą dotąd przeobrażeniom krainę
przyjaźni przychodzą chmury a z nich pada deszcz, który obnaża ludzką skłonność
do zarzutów, obarczania winą, obrażania się, poniżania i wypominania. Aktorzy
są teraz na scenie bardzo dynamiczni, ruchliwi. Nawet Yvan, choć to nie obraz
stał się powodem jego zmiany, ale sytuacja rodzinna, o której opowiadał dokładnie
w taki sam sposób, w jaki Serge i Marc o kupionym Antriosie. To chyba wspaniały
monolog Ivana, świetnie zagrany, wzbudzający za sprawą doboru słów, tonu głosu,
umiejętności podszywania się pod wypowiedzi innych, tańca ciała na bardzo małej
przestrzeni, pobudził lekarza i inżyniera do agresywnego, brutalnego, nienawistnego
i obraźliwego wtargnięcie w życie intymne. Widz obserwuje ruiny, gruzy
przyjaźni, na których postawione jest białe płótno bez ram, na nim zaś
pojawiają się bruzdy, brzydkie uwypuklenia, pęknięcia, plamy smutnej, wilgotnej
szarości.
Dramat
w moim mniemaniu nie jest o sztuce nowoczesnej. Może rzeczywiście o pożądaniu i
snobizmie? Faktycznie, Marc mówi, że
Antrios kupiony został przez Serge’a za cenę, która przekracza roczny dochód
Yvana. To prawda, on to w złości wykrzykuje. To zarzut skierowany w kierunku
lekarza, ale i upokorzenie dla hurtownika, który żeni się z kobietą, której
ojciec dał Yvanowi pracę a może było wręcz odwrotnie. Mam jednak nieodpartą
myśl, że Yasmina Reza, w końcu autorka sztuki sfilmowanej przez Romana
Polańskiego pod nadanym tytułem „Rzeź”, pisze o trudach przyjaźni a szerzej zaś
związków. Dopuszczam wszak, że skrajne emocje może wzbudzić w relacjach
międzyludzkich pewien odbiegający od dotychczasowego wzorca gest, wyraz
własnego zdania, wypowiedź o sztuce właściwej czy sztuce użytkowej, kupno
takiego czy innego przedmiotu. A z drugiej zaś strony, czy nie rzecz w tym, jak
to własne upodobanie, zachwyt wyrażamy? To pytania o to, jak bardzo posiedliśmy
umiejętność trwania w relacjach przyjacielskich, partnerskich, małżeńskich.
Gdzie ma się zaczynać a gdzie kończyć nasz indywidualizm, własna szalona
inwencja bez oglądania się na innych? Czy lekkość w upokarzaniu słowem i czynem
jest nie do poskromienia już w zarodku? W „Sztuce” ta negatywna cecha narodziła
się i bardzo szybko stała się dorosła. Czy równie nagle umarła i nad jej trumną
Serge, Yvan i Marc nie postali zbyt długo? Zdaje się, że tak właśnie było.
Przecież padły w dramacie słowa, że piętnaście lat przyjaźni było tylko wstępem…
Jerzy, bardzo plastycznie wszystko opisałeś. Można zobaczyć scenę, obraz, sofę i przyjaciół. Nic nie jest w stagnacji, bo zmienia się dzięki światłu, słowom, bądź gestom.
OdpowiedzUsuńNie znałam autorki. Ze wstydem przyznam, że obecnie bywam zbyt rzadko w teatrze, nawet do kina praktycznie nie zaglądam. Jednak książki czytam. Dużo. A tyle jeszcze przede mną lektur...
K.
Kasiu, bardzo Ci dziękuję za miłe słowa. Rozumiem Ciebie doskonale. Do kina chodzimy bardzo rzadko. Głównie dlatego, że w mieście powiatowym repertuar jest nieco dziwaczny. Z kolei z teatrem rzecz ma się tak, iż staramy się być mniej więcej raz w miesiącu. Częściej jakoś nie wypada. Kwestie finansowe. Trzeba wydać pieniądze na dojazd. Odległość to prawie sto kilometrów w jedną stronę. A także coraz trudniej jeździ mi się nocą. Najczęściej wybieramy teatr w niedzielę. Często tak bywa, że spektakl zaczyna się o siedemnastej. Wczoraj kupiliśmy bilety na kwiecień.
OdpowiedzUsuń