„Czerwony kwiecień”, Santiago Roncagliolo, Wydawnictwo ArtRage, 2026, przeł. Tomasz Pindel
Krwawy, tajemniczy,
zatrważający okrutnymi zbrodniami tytułowy kwiecień ciągnie się w najnowszej
powieści Santiago Roncagliolo bez mała dwa miesiące. Sucho, biurokratycznie ,
sprawozdawczo niczym notatka policyjna, którą, przynajmniej na początku,
właściwie jest. Jej autor przedstawia się nam z imienia, nazwiska i stanowiska
już na trzeciej stronie książki. Fabuła zaś zamyka czytelnika w gorącym,
dusznym powietrzu peruwiańskiej prowincji. Prowadzi go krętymi uliczkami,
rozpalonymi słońcem placami, śmierdzącymi potem i nikotyną korytarzami i
pokojami biurokratycznych pomieszczeń, gdzie z wściekłymi z powodu zbrodni, a
może raczej konieczności pomocy w śledztwie mundurowymi styka się Pomocnik
Prokuratora Rejonowego Félix Chacaltana Saldívar. Tenże jest niezwykle
skrupulatny. Czytelnik domyśla się, że wynika to z tego, że główny bohater
pracował dotychczas w prokuraturze w Limie, gdzie nie było miejsca na bałagan i
niechlujstwo. Jego sprawozdania, noty i podania, które kieruje do przełożonych
lub jednostek pomocniczych, czyli policji, wojska, służby więziennej są wielokrotnie
poprawiane, dopieszczane i powielane w wielu egzemplarzach. Praca nad nimi
przypomina zajęcie średniowiecznego mnicha-kopisty. A i owszem, Chacaltana jest
i jednym, i drugim. „ Teraz dobrze, porządny protokół. Zastosował się do
wszystkich zasad formalnych, precyzyjnie dobierał czasowniki i nie popadał w
manierę rozbuchanego sypania przymiotnikami, typowa dla tekstów prawniczych.
(…) Wykręcił kartki z wałka, schował kalkę na potrzeby przyszłych dokumentów i
wsadził każdą kopię raportu do stosownej koperty: jedną do archiwum, drugą dla
sędziego karnego, jedną do akt i jedną dla dowództwa lokalnej jednostki
wojskowej” [1]. Z takimi dokumentami pomocnik prokuratora wydeptuje kolejne ścieżki
prowincjonalnego labiryntu, odbija się od kolejnych drzwi, a co najważniejsze
dla atmosfery niepokoju i beznadziei w tej części powieści, która chyba jest
nieco kafkowska, próbuje odnaleźć odpowiednie słowa w odpowiedzi na zagmatwane,
niczego nie wyjaśniające, wręcz komplikujące zdania pojawiające się w ustach
kolejnych adwersarzy.
Celem tej odysei jest
ustalenie okoliczności zbrodni i jej winowajcy. Ofiara morderstwa tonie we
krwi. I mimo tego, że krew nie miesza się tu z błotem, ale z piachem i gorącym
powietrzem, to dławi czytelnika brudem. Dusi zatem, zatyka, przyprawia o
mdłości, bo ów zapach przecież stoi w miejscu, dociera do nas wraz z wdychanym
powietrzem. Makabryczny sposób zniszczenia ciała ofiary podsuwa Chacaltanie
wniosek, iż ta została dokonana z pobudek religijnych, mistycznych. Dziwaczny
to byłby kontekst. A przecież w podziemiach kościoła znajduje się piec, w
którym palono zwłoki przeciwników władzy. Kościała, który fizycznie i duchowo
stoi na gruzach dawnych kultów. A dym ze spalonych przez konkwistadorów ołtarzy
miesza się przecież do dzisiaj z katolickimi kadzidłami, tworząc przedziwny
południowoamerykański wymiar wiary chrześcijańskiej. Pomocnik prokuratora nie
raz jeszcze będzie odwiedzał księdza Quiroza, który stanie się jednym z jego towarzyszy
rozmów. Krótkich acz pełnych dziwnych, niepokojących, coś sugerujących fraz.
Jakby proboszcz szybko i niewyraźnie pisał litery na piasku i po chwili
zacierał je stopą. Podobnie jest i z innymi adwersarzami Chacaltany. Pełno jest
w ich wypowiedziach strachu, lęku, niepokoju, chęci natychmiastowej ucieczki.
Przed stacjonującym tu wojskiem, policją, gwardią? Może duchami, które stąd nie
odeszły, tak jak pamięć o krwawych zbrodniach? „w tym mieście zmarli nie som
zmarli, chodzom po ulicach i sprzedajom dzieciom cukierki, witajom się ze
starszymi, modlom się w kościołach” [2].
Nie raz i nie dwa
pomocnik prokuratora znajdzie się w kostnicy, która nią do końca nie jest. Opis
miejsca, do którego i jak dociera Chacaltana, stawia Roncagliolo obok takiego
mistrza absurdu i ironii, jak Flann O’Brien. A oto jak autor przedstawia
gospodarza tego przybytku: „Niziutki mężczyzna w okularach, źle ogolony i z
tłustawymi włosami, stał obok, jedząc czekoladę. Jego kitel upaprany był
musztardą, sosem kreolskim i czymś brązowym, ale rękawy miał czyste, co
pozwalało zamaskować obfitość łupieżu sypiącego się z jego głowy. – Faustino Posadas,
lekarz sądowy” [3]. Upapraną czekoladą dłoń Chacaltana ściśnie wielokrotnie
zanim nie będzie już potrzeby wizyt w Szpitalu Wojskowym. Podobnie jak w
kościele.
Chacaltanie komendant
policji Carrión co rusz sugeruje, żeby za dużo nie myślał. Żeby machnął ręką
tak, jak robią to od lat wszyscy mundurowi. Stolica się nimi nie interesuje,
nie pomaga, nie reaguje. A po Świetlistym Szlaku nie ma już dawno śladu.
Zbrodnia z pierwszych stron „Czerwonego kwietnia” to tylko morderstwo. Może
nieco dziwaczne, ale jednak po prostu morderstwo. Aczkolwiek wystarczyła podróż
na prowincję, żeby Chacaltana nie brał pod uwagę słów komendanta. Wprawdzie pół
dnia i całą noc rozklekotanym autobusem, lecz w końcu to ten sam kraj. Nagrodą
za rozwiązanie zgodnie z życzeniem i oczekiwaniem miejscowej władzy sprawy
morderstwa pomocnik prokuratora ma czuwać nad wyborami gdzieś na wsi. „ - Nie
wiedziałem, że… Szlak wciąż działa w rejonie. – Działa? Ha, ha. Może troszkę.
Raczej stara się być upierdliwy. (…) – A od kiedy wznowili działalność? – Jak to:
wznowili? To nie jest żadne wznowienie, Chacaltana. Tutaj nic się nie zmienia
od dwudziestu lat” [4]. Rzeczywiście, władza tak samo jak kiedyś traktuje klasę
najniższą na wsi. Pomocnik prokuratora widzi, jak żołnierze wyważają kolbami
drzwi do chaty, wyciągają kilkunastoletnich chłopców, krępują ich i wsadzają do
ciężarówek. To pobór. To oni mają walczyć z niedobitkami rewolucjonistów. I być
może jest to pierwszy z trzech przełomów w tutejszej pracy Chacaltany a chyba i
w jego życiu. Tymczasem kolejne zbrodnie rozświetlają nocnymi płomieniami
wzgórza wokół wioski. Nie ma wątpliwości, że to Szlak.
Komenda policji,
kościół, kostnica w Szpitalu Wojskowym. Pomocnik prokuratora w swojej odysei
trafia także do więzienia. Następna iście mityczna postać, z którą będzie
rozmawiać, to były terrorysta. Wszakże z nikim takim dotąd nie miał styczności.
Jego stolica, jego praca, jego uporządkowany dzień, kontrolowane życie
zniknęło. Choć nie do końca. Został okruch, pewna więź, lina, która go wiąże. Ale
o tym później. Na razie Chacaltana rozwiązuje zbrodnie, miota się, węszy,
stara, uprzykrza innym życie, gubi w labiryncie zdarzeń, słów i miejsc. Te
najważniejsze wiążą się z postaciami, które zapadają czytelnikowi w pamięci.
Więzienie to nie tylko terrorysta, który jest niczym Pytia, Sfinks. Czeka na
pomocnika prokuratora także dyrektor więzienia.
W fabułę powieści
wplecione są bardzo mocne i wyraziste wątki terroru, którym owładnięte było
Peru w latach walk rządowego wojska z terrorystami Świetlistego Szlaku. Santiago
Roncagliolo pokazuje w książce postawy i czyny ludzi z obydwóch stron barykady.
Znakomicie potrafi wyciągnąć na światło dzienne powody, którymi się kierują.
Świetnie rysuje ich portrety emocjonalne. Wymagają one czasami od czytelnika,
żeby się zatrzymać i nieco zastanowić nad moralnością, etyką, atmosferą lat, w
których ci ludzie, dotknięci przemocą, się wychowali. Co stanowiło naukę dla
ich dzisiejszych postaw? Chacaltana jako człowiek z zewnątrz musi tego
wszystkiego doświadczyć. On nie odbija się od tych ludzi, od tej dusznej atmosfery.
Spotykane postaci wciągają go między siebie. Mgła wsysa. Pewnego dnia
Chacaltana stoi nad potężną szeroką na dziesięć metrów dziurą w ziemi między
dwoma wzgórzami: „Na początku wydawało mu się, że widzi tylko pudła, stare i
zniszczone pudła, owinięte kawałkami materiału przetrawionymi przez czas i
ziemię. Ale potem to, co brał za skały i piach, zaczęło w jego oczach nabierać
wyraźniejszych kształtów. To były części ciała, ręce, nogi, niektóre rozsypywały
się od długiego przebywania pod ziemią, inne odsłaniały wyraźnie zarysowane
kości wśród strzępów materiału i kartonu, czarne i ziemiste głowy leżały jedna
na drugiej, tworząc stos ludzkich resztek głęboki na kilka metrów. Nawet nie
było widać końca tych zwałów suchych kości i ciał” [5]. Piszę, cytuję ten
fragment, czytam raz jeszcze, przepisuję akurat w osiemdziesiątą piątą rocznicę
masakry w Babim Jarze w obecnej Ukrainie. Jeszcze widzę zdjęcia, ogromny rów,
stojących nad nim ludzi, i ciała wypełniające aż po kres fotografii ową
wykopaną w ziemi przestrzeń. Oba obrazy przejmujące. Zastanawiam się nad
reakcją bohatera z powieści Roncagliolo. Myślę, że wielu Peruwiańczyków dotąd
szuka ciał swoich bliskich w podobnych dziurach w ziemi. Upłynęło przecież tak
niewiele czas. W ten sposób łatwiej mi zrozumieć, dlaczego ta książka została
napisana i co może dziać się z emocjami ocalałych. I być może zbrodniarzy. Babi
Jar jest już w zasadzie tylko symbolem, rocznicą… Jednak kolejna wojna, która
teraz się tam toczy przyniesie następne dramaty i tragedie.
Tymczasem w powieści pojawiają
się kolejne trupy. Wina Świetlistego Szlaku wydaje się bezsporna. Fabuła
przyśpiesza. Chacaltana trafia na nowe ślady. Do Ayacucho wkracza Chrystus.
Miasto wybrzmiewa głosami festynu Niedzieli Palmowej. Opuszcza pomocnika
prokuratora ksiądz Quiroz. I nie on jeden. Podobną do duchownego postacią jest
lekarz sądowy Posadas, ale on beznamiętnie trwa na stanowisku. Czy może raczej
ocaleje. Ofiarą jest ktoś inny. Żeby jednak to wyjaśnić, należy wspomnieć o
zmarłej matce Chacaltany, która… żyje. Tak, jej syn z nią rozmawia, przynosi
prezenty, zapewnia spokój i wygodę, porządek w pokoju, miłość synowską w końcu.
To dla niej wrócił ze stolicy. Jaki wpływ na decyzję Chacaltany miała śmierć
ojca, tego nie wiemy. Roncagliolo pisze, że spłonął w domu, gdy Chacaltana miał
dziewięć lat. A płomienie w powieści przewijają się co rusz. Zdaje się, że one
pomocnika prokuratora jednocześnie przyciągają i odrzucają. To od nich ucieka
do pokoju swojej matki. W pewnym jednak momencie bohater skrywa się również w
innym miejscu, szuka bezpieczeństwa u kogoś innego. Gdzieś na kartach książki
Chacaltana wypowiada zdanie, że stoi po tej samej stronie, co władza, kierując
je chyba do komendanta policji. Osoba, u której znajduje ukojenie, okazuje się,
że jest po stronie przeciwnej. Jest nią dziewczyna pracująca w restauracji,
gdzie pomocnik prokuratora zwykł jadać. Im bardziej Edith okazuje
zainteresowanie bliskimi relacjami z Chacaltana, tym on oddala się od matki.
Najpierw jednak Roncagliolo inscenizuje sytuację, która wygląda tak, jakby syn
przedstawiał matce swoją sympatię. Już zdaje się czytelnikowi, że matka
odchodzi na zawsze, a jednak bohatera przerasta relacja z dorosłą kobietą.
Niestety jest to obraz podobny w swojej emocjonalności do tego, w którym
Chacaltana zmuszony został zobaczyć stosy rozstrzelonych ofiar rządowych
czystek. Nie ulega wątpliwości, że wówczas i w zdarzeniu z Edith coś się w
bohaterze przełamuje. Pojawia się desperacja a z nią dziwaczna decyzja. Ale o
tym w ostatnim rozdziale pisze Agent Państwowej Służby Wywiadowczej Carlos Martín
Eléspuru, który pojawiał się co rusz obok Chacaltany niby cień zwiastujący tragedię.
Bo przecież w kraju owładniętym od kilkudziesięciu lat terrorem czerwonych
towarzyszy i dyktatorskiej władzy morderstwo nie może być zwykłą acz straszną
zbrodnią, winni nie staną przed sądem, bo chronieni są przez umundurowanych
przyjaciół z dawnych lat walki, tortury pozostają zaś nadal jednym ze środków
przemocy stosowanej przez obie strony. Nie wykluczając wszakże i pomocnika
prokuratora.
Najnowsza
powieść Santiago Roncagliolo opowiada o teraźniejszym czasie, w którym stolica
Peru nie zanadto interesuje się konfliktami i problemami prowincji, gdzie nadal
trwa przemoc z obu stron nieodległej wojny, gdzie władza bezkompromisowo i
brutalnie wykorzystuje swoją przewagę nad wsią, gdzie nierówność klasowa
powoduje biedę, co z kolei jest przyczyną brutalnych wystąpień przeciwko
rządowi. Autor wpisał w ten czas akcję kryminalną, czasami aż nadto kafkowską,
zagmatwaną. Dialogi pomiędzy bohaterem a ludźmi, którzy mają mu potencjalnie
pomagać w pracy, pokazują, jak bardzo władza na prowincji nie znosi obcych
wtrącających się w ich sprawy, gdzie dawne tajemnice mogą nieopatrznie wyjść na
wierzch. Czasami fabuła wydaje się nielogiczna jak u Flanna O’Briena, innym
razem ściśnięta w jednym miejscu, którego nie da się opuścić jak u Dina
Buzzatiego, albo tworzy groźną, niebezpieczną, beznadziejnie przyduszoną, pełną
niepokoju atmosferę jak u Miguela Ángela Asturiasa. Znakomita powieść niosąca
także odrobinę dziwacznego nastroju grozy jak w prozie od Angéliki Gorodischer
czy innych południowoamerykańskich autorów tego gatunku.
___
[1]
„Czerwony kwiecień”, Santiago Roncagliolo, Wydawnictwo ArtRage, 2026, przeł.
Tomasz Pindel, s. 10.
[2]
Tamże, s. 55.
[3]
Tamże, s. 16.
[4]
Tamże, s. 93.
[5]
Tamże, s. 159-160.

Komentarze
Prześlij komentarz