Ivan Klíma, „Ani święci, ani anioły”, przeł. Jan Stachowski, Wydawnictwo Literackie, 1999


 

          Lata temu byliśmy z żoną w Teatrze Jaracza w Olsztynie na spektaklu na podstawie opowiadania, ale tego nie jestem do końca pewny, Ivana Klímy. Niestety ślad nie zachował się w internecie, więc mam jedynie mgliste obrazy z przedstawienia, którego fabuła toczyła się chyba na sali sądowej. W każdym razie kupiłem wówczas dwie powieści Klímy. O pierwszej z nich, którą właśnie skończyłem czytać, piszę. Druga to „Premier i anioł”. Wpisując imię i nazwisko autora w wyszukiwarkę internetową dowiaduję się zaskoczony, że zmarł on dokładnie rok i kilka dni temu. Jakimś zatem dziwnym sposobem prywatnie obchodzę rocznicę odejścia czeskiego pisarza.

         Jestem przekonany, że i powieść „Ani święci, ani anioły” dałoby się z łatwością wystawić na scenie teatralnej. Rzecz dzieje się głównie w Pradze. Najwięcej w mieszkaniu czterdziestopięcioletniej rozwódki Krystyny, matki jednej córki o imieniu Janka. Raz czy dwa akcja, ale dość statyczna, przenosi się do gabinetu dentystycznego bohaterki, mieszkań jej byłego męża i ojca Janki oraz niedawno odkrytego, po śmierci ojca, przyrodniego brata. Czy można pominąć mieszkanie, które zajmuje Honza, trzydziestoletni kochanek Krystyny, jego miejsce pracy, to zależałoby od reżysera. Punkowo-narkotykowych wypraw Janki już nie. Podobnie jak jej pobyty, krótki w szpitalu psychiatrycznym na odwyku i długi gdzieś na prowincji w prywatnym ośrodku terapeutycznym.  W tym ostatnim miejscu, czy też w jego pobliżu, odgrywają się dwie ważne sceny, podsumowujące całą powieść. W każdym razie autor ułatwia adaptację powieści na scenie w ten sposób, że jest bardzo oszczędny w opisywaniu pomieszczeń. Zastanawiające, na ile jest to zabieg celowy, który ma podsunąć czytelnikowi wyobrażenie o czeskim końcu lat dziewięćdziesiątych, jeszcze skromnym, jeszcze niosącym ze sobą kilkadziesiąt lat komunizmu, a na ile bezwiedne acz skrupulatne skupianie się autora na postaciach fabuły. Nie, nie na ich wyglądzie fizycznym, ubiorze, lecz emocjach, uczuciach, wykonywanych czynnościach, nawzajem od siebie uzależnionych, przenikających się. Strony powieści aż skrzą się od stanów psychicznych bohaterów i zdarzeń, które są tych stanów wynikiem, albo na odwrót. Z nich Klíma buduje czytelnikowi obrazy osób dramatu. W ten sposób je poznajemy, z takimi właśnie jesteśmy przez prawie trzysta stron powieści, tak je widzimy. „Podczas mojej ostatni wizyty w szpitalu miał akurat gościa, jakiegoś chudziutkiego, bladego młodzieńca z grzywą tycjanowskich włosów, ale oczy za okularkami były ciemne. Bielutkie zęby z lekkim przodozgryzem i śliczne dłonie z długimi palcami” [1]. To jeden z najdłuższych opisów postaci w powieści. Oczywiście w trakcie toczącej się fabuły Klíma dodaje słowa czy zdania dotyczące aktualnego wyglądu i ubioru. Przychodzi mi na myśl Janka i jej punkowa fryzura, ale jakiego kształtu i koloru już autor nie dopowiada, tudzież łańcuchy i kółka, o których mówi jej matka, że są elementem ubioru córki. Mniej więcej każdy punk lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku tak wyglądał. Wszystkie postaci powieści nie wyróżniają się z tłumu szczegółami ubioru. Podobnie jak ze ówczesną sztampą wystroju mieszkań. A zatem takie same blokowiska, zabytkowe kamienice jeszcze nieodrestaurowane, z odpadającym tynkiem i niewymienionymi oknami. Ludzie w ubraniach, które noszą od biednych lat osiemdziesiątych, albo kupują w second handach czy bazarach, które chyba jeszcze wtedy nie straciły swojego uroku. Zatem sztanca, stereotyp we wszystkim. Poza tym oczywiście, że na ulicach szeroko dostępne są narkotyki, w tym marihuana i heroina. Janka przecież pali i się kłuje. I tym, iż w podziemnych archiwach dokonuje się rozliczenia ze komunistycznymi zbrodniarzami, oprawcami, konfidentami. A matka nie daje sobie rady z córką, co jeszcze kilkanaście lat temu było w socjalistycznym raju nie do pomyślenia. Rozwody wszakże bywały.
            Wszystkie postaci są uwikłane w ledwie minione czechosłowackie czasy. Krystyna, główna bohaterka najbardziej. Klíma stworzył wzorową ofiarę systemu. Na oprawców wskazał ojca i męża. Pierwszy był komunistycznym aparatczykiem, przeciwko któremu Krystyna się buntowała zachowując jak obecnie jej córka. Obaj mężczyźni to domowi dyktatorzy, autorytarni, przemocowi, znęcający się psychicznie nad najbliższymi. Krystyna wyzwala się od nich po latach. Jest przykładem kobiety, która zdaje sobie sprawę ze swojej krzywdy, potrafi ją nazwać, ale nie może sobie z tym poradzić. Jej stany opisywane są przez autora bardzo sugestywnie, w sposób iście zatrważający. Papierosy, wino, samotne noce, pracoholizm, fizyczna i psychiczna szarpanina. Klíma zwraca przez nią uwagę na problemy kobiet, które w pewnym sensie są ofiarami po komunizmie. Pozostawione same sobie , ale jakoś starające się przetrwać. Na przeciwległym biegunie do Krystyny stoi jej matka. Też postać bardzo wyraźna. Obie dzieli przepaść, aczkolwiek z drugiej strony coś łączy. Patrzymy na to przez pryzmat śmierci ojca głównej bohaterki.
            Dziwnie nieszczęśliwe są postaci w orbicie Krystyny, chyba nie licząc współpracownicy z gabinetu dentystycznego Ewy oraz najlepszej przyjaciółki, ale ona też mimo dostatku i wyzwolenia ma pewien problem. Mianowicie zmienia partnerów jak rękawiczki. Klíma znowu coś sugeruje, zaznacza, podpowiada, szepcze do ucha czytelnikowi. Zdawałoby się, że siostra Krystyny jest od niej inna, łatwiej sobie poradziła, bo przecież jej dzieciństwo nie było traumatyczne. Nic z tych rzeczy. Autor i jej nie pozostawia do końca szczęśliwej. Lidka chowa tajemnicę, której wypowiedzenie pozwoli siostrom na wypowiedzenie wzajemnych uczuć, objęcie się, przytulenie: „ – Okropnie mało się znamy, każda ma własne kłopoty i jeszcze jedna przed drugą coś zgrywa. (…) Odwożę siostrę do domu. Przy pożegnaniu obejmujemy się, po wielu latach znowu się obejmujemy” [2].
            Janka, córka Krystyny, jest kopią matki. W podobnym okresie życia buntuje się przeciwko rodzicom. Różnicę stanowi tylko to, że wrogiem staje się nie ojciec a matka. To boli Krystynę, patrzącą wstecz ku swojemu dzieciństwu i powoduje silne poczucie winy, wzmaga bezradność i depresję. Nie ma jednak wątpliwości, że to Janka jest pokrzywdzona. Jest tutaj ostatnim pokoleniem kobiet, które stanowią ofiarę komunizmu. Ivan Klíma pokazuje swojego rodzaju oś czasu i wstawia na niej Jankę, Krystynę, babcię i prababcię. Oś kończy się kilka lat po komunizmie, zaczyna podczas okupacji hitlerowskiej. Holokaust zabiera babkę głównej bohaterki, Żydówkę, do której rodzina ma pretensje, że wyszła za goja. Gdzieś z boku jest ciotka Krystyny, chora psychiczna. Zginęła w sposób straszny, w płomieniach, czego jej siostrzenica była w dzieciństwie świadkiem: „Płonęła na niej odzież, a z jej głowy, jak mi się zdawało, buchał dym. Na widok tej zbliżającej się płonącej zjawy zdrętwiałam z przerażenia. Potem ciotka zaczęła przeraźliwie krzyczeć i wołać o pomoc, a ja rzuciłam się do ucieczki. Z domu wybiegła babcia i widząc, co się dzieje, zerwała z belki nad drzwiami worek i popędziła do ciotki. Ugasiła ogień, ale nie uratowała ciotki, którą odwieźli do szpitala, gdzie za kilka dni umarła” [3]. Płomienie stanowią jeden z elementów ciągle Krystynę prześladujących. Z innym, niebieskim wazonem, poradzi sobie w końcówce powieści. „W środku pusto, na miejscu świętego obrazka lub figurki widać tylko pleśniejącą plamę, ale  na poszczerbionym stoliku stoją dwa niebieskie wazony. Patrzę zdumiona na te dwa niebieskie wazony. Są tu jakby specjalnie dla mnie. Tylko po co dwa puste wazony w pustej kapliczce, gdzie na ścianie nie ma nawet obrazka? Jeden na krew, drugi na łzy, odzywa się we mnie moja stara skarga” [4]. Janka zamyka tę rodzinną przestrzeń. Klíma wszakże pozwala na to, żeby dziewczyna przeszłość od siebie odsunęła, zamknęła gdzieś niedawne dramaty. Widać to w końcowych dialogach, stosunku do matki. Ale i Krystyna zmienia relacje ze swoją. Czytelnik odnosi wrażenie, że Krystyna i Janka stają się wolne, gdy wszyscy mężczyźni zostają gdzieś w oddali, odchodzą, znikają z ich życia. Jednak jakże to bolesne. Wtedy, gdy pamiętamy o seksualnym wykorzystywaniu czternastolatki: „Ruda klei się do mnie, chciał mnie przelecieć, czemu nie, to też było nieważne. Szafa pod nami skrzypiała, a ja usłyszałam siebie samą: «uważaj, co», a on mnie pocieszył: «nie bój nic, ona jest z dobrego drewna». No szczena mi opadła. Ja też jestem z dobrego drewna, nie skrzypię, ale wytrzymam. Jak mnie podleje, może mi wyrosną liście, a może zakwitnę” [5].
            Żaden nie przetrwał. Jakby Ivan Klíma postanowił ukarać wszystkich powieściowych mężczyzn. Za przemoc wobec kobiet, za komunizm, za wykorzystywanie władzy. Zabrały ich śmierć, nowotwór, inwalidztwo. Autor wtrącił ich w samotność, bezradność, oddzielił od rodzin. Nawet Honza, w końcu młody człowiek, ledwie trzydziestoletni i rozliczający współpracowników komunistycznego reżimu nie jest w stanie, mimo ogromnych wysiłków, zdobyć szczęścia, ciepła, miłości. Z czym przegrał? Trochę ze swoją męskością, która na początku wydawała się miękka i delikatna. Przecież nie mógł zrozumieć kochanej przez siebie kobiety. Starszej od niego o piętnaście lat, której ojcem był zagorzały komunista, rozwódce, ofierze psychicznej przemocy, matce nie potrafiącej poradzić sobie ze zbuntowanym, niepokornym dzieckiem, uciekającej w samotność, używki, pracę. Honza ustąpił także, gdy zdał sobie sprawę, że jego praca polegająca na rozliczeniu dawnego reżimu spotyka się z niechęcią nie tylko ze strony przesłuchiwanych świadków i podejrzanych, ale i nowych władz. Można się domyślić, że Klíma pokazuje przez to, jak w przeciągu zaledwie kilku lat zmieniło się czeskie społeczeństwo. Pojawiła się akceptacja dla opuszczenia ciemnej, ciężkiej kurtyny nad winnymi. Niech umierają w spokoju, niech dogorywają w domach opieki, niech odchodzą w przeświadczeniu, że już nic nie zagraża ich bezpieczeństwu. Należy skupić się raczej nad ich ofiarami. To je należy chronić, samotne matki wychowane w komunizmie, które muszą przekazać demokratycznemu społeczeństwu pokolenie wolne od złogów środkowoeuropejskiego socjalizmu.
            Ponura to powieść. Potrzebny jest wysiłek, że znaleźć odrobinę nadziei na przyszłość. Ivan Klíma skupia się głównie na dramatycznych konsekwencjach byłego reżimu. Nie rzecz w skutkach politycznych, gospodarczych, ale społecznych, które widzi w jednostkach wchodzących w lata po przełomie obdartych, samotnych, skrzywdzonych. Byłoby oczywiście niesprawiedliwe, gdyby jedynie kobiety stawiać w roli ofiar. Poszkodowanymi są również mężczyźni. Dowodem na to jest tragizm także ich losów. 
 ____
[1] Ivan Klíma, „Ani święci, ani anioły”, przeł. Jan Stachowski, Wydawnictwo Literackie, 1999, s. 38.
[2] Tamże, s. 225.
[3] Tamże, s. 71.
[4] Tamże, s, 293.
[5] Tamże, s. 148.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Teatr Jaracza, "Krzyżacy"

Percival Everett, "James", przeł. Kaja Gucio, Wydawnictwo Marginesy, 2025

Teatr Jaracza, "Sztuka"